Jantar z mojej wyobraźni.

Jantar z mojej wyobraźni.

niedziela, 1 czerwca 2014

Reminiscencje z Warszawskich Targów Książki 2014- szalony bieg debiutującej pisarki.

          Reminiscencje z Warszawskich Targów Książki 2014- szalony bieg         debiutującej pisarki.

Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że moja książka będzie wystawiona na Warszawskich Targach Książki doznałam jakiegoś amoku. Byłam w euforii. Ten stan znają wszyscy pisarze, autorzy, literaci, kiedy ich pierwszy tekst ukazuje się publicznie. Ten wewnętrzny szok, ta wewnętrzna duma, która cię rozpiera, ten wewnętrzny amok, w który wpadasz jak przysłowiowa śliwka w kompot. Po szaleńczej jeździe do Warszawy z mojej zapyziałej wsi, po cudnej, nowoczesnej autostradzie, gdzie każdy MOP (Miejsce Obsługi Podróżnych), ( a ja w swojej naiwności myślałam, że to szczotka do mycia podłogi, złożona z dużej ilości sznurków) to stacja benzynowa plus kilka ławeczek, WC, prysznic, wyglądały dokładnie tak samo. Podobieństwo było tak duże, że gdyby nie fakt, że wracając jechaliśmy w przeciwnym kierunku, dałabym sobie głowę uciąć, że jestem w tym samym miejscu, a ekrany wyciszające ustawione wzdłuż całej trasy powodowały, że tylko fragmenty przeźroczystej pleksi z ptakami naklejonymi na ich tle, sprawiały iż wiedziałam,że przemieszczamy się jednak do przodu. W końcu jednak po drodze pełnej absurdów dotarliśmy do stolicy. Wiedzieliśmy, że mamy przebrnąć na druga stronę Wisły. Dobrze, że to nie czasy Warsa i Sawy i mieliśmy do dyspozycji kilka przepięknych mostów. Zaparkowaliśmy przy jakimś stanowisku budowy drugiej nitki metra i w ogromnym upale brnęliśmy po kostki w żwirze ku cywilizowanemu światu. Dobrnęliśmy. Stanęłam na wprost wejścia na stadion, podparłam się łokciami pod boki i wydobyłam z siebie mozolne:
– Uff!
Korona stadionu Narodowego imponująco górowała na tle błękitnego nieba a zapach wilgoci z wiatrem niesiony był od strony Wisły.
Po pokonaniu drogi, oczywiście pod górkę, ocierając pot z czoła i w duchu przeklinając mojego małżonka zwanego małżem, że w swojej upartości zaparkował tak daleko, a parking pod stadionem był zajęty w jednej dziesiątej swojej pojemności, przekroczyłam wreszcie bramę magicznego kręgu zwanego Warszawskie Targi Książki.

Przekroczywszy próg magicznej świątyni książki miałam w głowie jeden cel: odnaleźć stoisko, na którym wystawiana jest moja powieść. Okazało się to nie lada wyczynem z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu niezliczonej ilości gawiedzi, krążącej to tu, to tam, zwykłego szarego tłumu przeplatającego się  ze znanymi z prasy i telewizji twarzami,  po drugie z powodu niezliczonej ilości uśmiechających się do mnie książek, których każdą chciałabym ze sobą zabrać. Założyłam wirtualne okulary z numerem stoiska i brnęłam do przodu nie zwracając uwagi na to,że podeptała mnie znana prezenterka pogody Omena Mensah i moja głowa omal się nie urwała, żeby jeszcze w przelocie zobaczyć jej powiewające w pędzie loki. Pozostałam obojętna, kiedy musiałam przemknąć obok stoiska gdzie Marek Niedźwiecki z zabójczym uśmiechem rozdawał autografy. Monika Jaruzelska podpisująca swoja książkę nawet nie zwróciła mojej uwagi, jak właśnie czytacie. Wszystko to nic, stanowisko 45/DFd, oto mój cel. Przebiegłam jak tornado przez cały poziom zerowy zatrzymawszy się na chwilę przy stanowisku z kolejką do autora. Zatrzymałam się, bo kolejka wydawała się wyjątkowo długa. To K. Grochola podpisywała swoje dzieła.
– O cholera! – pomyślałam w roztargnieniu. – Szkoda, że nie mam czasu na to by spędzić kilka godzin w kolejce do pani Kasi i pobiegłam dalej.
– Veni, vidi, vici – jak Cezar dotarłam do celu, zobaczyłam i zwyciężyłam i sfotografowałam.
I wtedy osiągnąwszy swój cel, zatrzymałam się i odwróciłam się. Patrząc na tłum, który właśnie minęłam, zadałam sobie pytanie: Czy aby na pewno chcę być małpą na wybiegu?

Artykuł napisany w ramach współpracy z
Prześlij komentarz