Jantar z mojej wyobraźni.

Jantar z mojej wyobraźni.

wtorek, 15 października 2013

Jantar i Słońce. Rozdział 9.


ROZDZIAŁ 9.

            Wtargnęła do ich sypialni, nie zwracając uwagi na to czy zdążyli już wstać czy nie.
-Są, znaleźli nas!- powiedziała ze strachem najciszej,  jak tylko mogła. - Przyszli, rozmawiają         z Giną.
-Trzeba uciekać. - Jantar zdecydowała błyskawicznie. -Marcus biegnij po Aurorę, mam nadzieję, że jeszcze jest w swoim pokoju. - zaczęła grzebać pod łóżkiem, wyciągnęła stamtąd swój dezintegrator.
Wcisnęła go za pasek spodni i  ukryła pod swetrem.
Miriam cały czas obserwowała korytarz                      i próbowała wyłowić coś z rozmowy toczącej się na dole. Gina okazała się być niezła strażniczką, nie tak łatwo było wejść do ich domu. Tylko, dlaczego oni są tacy uprzejmi, czemu nie zastosowali swoich zwyczajnych metod. Nie dawało jej to spokoju.
Marcus ciągnął zaspaną Aurorę do ich sypialni, nakazując jej palcem milczenie.
Cichutko cała czwórka wyszła na taras z tyłu domu i biegiem rzucili do pobliskiego lasu. Tam ukryli się w zaroślach i uważnie obserwowali dom.
Jantar i Miriam wyciągnęły na wszelki wypadek broń, czy wprawili w zdumienie biedną Aurorę, która nie miała pojęcia, co się w ogóle dzieje.
-Mamo, co to jest? -wyszeptała intuicyjnie przeczuwając, że dzieje się coś niedobrego. -Kim jest ta pani?
-Mam na imię Miriam i jestem przyjaciółką twojej mamy, a w domu są bardzo źli ludzie. -uprzedziła wyjaśnienia matki.
Uśmiechnęły się do siebie.
-Mamo, czego oni chcą?- zaniepokoiła się dziewczynka.
-Chcą zabić twojego tatę. -uciszyła zszokowana pannę.
Aurora nadal nie za bardzo wiedziała, co się dzieje. Chciała zapytać, co on takiego zrobił, ale        w tym momencie ciszę przerwał wybuch, a raczej rozbłysk.
W jednej chwili ich dom przestał istnieć, zniknął na ich oczach jakby go tam nigdy nie było.
Napastnicy postanowili użyć najcięższej broni, zlikwidowali cały dom, sądząc, że ich ofiary są gdzieś w środku.
Aurora i Marcus otworzyli usta ze zdziwienia. Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie widzieli. Byli przerażeni.


Z osłupienia wyrwał ich głos Miriam.
-Pod żadnym pozorem nie wolno nam się rozdzielać. Aurora jest naszą tarczą obronną. Nie wiem tylko, jaki  ona ma zasięg. Musimy to ustalić.
Aurora słuchała tego jak bajki. Niedawno dowiedziała się, że jej matka jest z innej planety, że ona sama ma jakieś zdolności, o których nie miała wcześniej pojęcia i teraz słyszy o jakiejś tarczy.

Miriam dręczyły inne pytania, zastanawiała się, dlaczego najpierw napastnicy zachowywali się dość kulturalnie, a potem usunęli cały dom. Trzeba się stąd jak najszybciej oddalić. Szli coraz głębiej w las, a gdy obejrzeli się do tyłu po ich domu nie został najmniejszy ślad. Za to przed jeszcze niedawno stojącą budowlą zobaczyli kilku mężczyzn ubranych w skórzane kurtki i dżinsy, była też tam jakaś kobieta.

Maszerowali wąską ścieżką przez las. Pierwszy szedł Marcus, bo doskonale znał teren, za nim uzbrojona Jantar, obok niej szła ich córka. Całą grupę zamykała, Miriam ubezpieczając tyły, czujna na każdy szelest.
Jantar spojrzała na córkę, dopiero teraz zwróciła uwagę na jej strój. Wyrwana z łóżka Aurora przedzierała się przez las w piżamie i kapciach. Postanowiła sprawdzić czy potrafi też się przebrać. Poszeptały cichutko, matka podała jej właściwą kolejność mrugnięć powiekami i po kilku próbach Aurora miała na sobie zielony sweterek        i dżinsy, no i oczywiście wygodne trapery. Zachwycona zmianą poprosiła jeszcze o zmianę koloru włosów. Jantar posunęła się dalej. Był to dobry moment na nauczenie jej czegoś nowego. Po chwili młoda dziewczyna                                       z kruczoczarnej, krótkowłosej stała się rudzielcem o długich, falistych włosach.
-Szkoda, że nie mam lusterka! -aż zapiszczała z radości Aurora.
Jantar postanowiła też ułatwić sobie życie, długie włosy zaczepiały się o gałęzie krzaków. Pomrugała i miała rudą czuprynę taką sama jak jej córka,  tylko nieco krótszą.

Zaintrygowany szeptami Marcus obejrzał się do tyłu.

Stanął jak wryty.
-Co to ma być?- omal nie krzyknął -Kim wy jesteście?
Wszystkie trzy kobiety zachichotały.
-Nie powiedziałaś mu o tym?- rechotała Miriam. - No, no, ale nie wiedziałam, że Aurora też.
-O, czym wy mówicie?- Marcus nic nie rozumiał.
-To ja tato, a to twoja żona. - Trzymając się za brzuch ze śmiechu Aurora próbowała wyjaśnić to ojcu.
-No ładnie, czego mi jeszcze nie powiedziałyście? Paskudy. - roześmiał się. - Zaoszczędzimy na fryzjerze i na ubraniach.
Szli wąską dróżką przez las, która prowadziła do domu przyjaciela Marcusa.
Aurora była tak podekscytowana swoimi nowymi dla niej umiejętnościami, że co chwila prosiła matkę o nowe instrukcje. Chciała jak najszybciej, jak najwięcej się nauczyć.
Jantar była zdziwiona jej bystrością umysłu. Tak szybko zapamiętywała skomplikowane algorytmy działania. No, ale w końcu była córką naukowca
 i nieziemskiej istoty obdarzonej licznymi umiejętnościami.

Do domu znajomych Marcusa zapukali po długim i nużącym marszu. Otworzył im Alan.
-O, Marcus! Fajnie, że jesteś. - ucieszył się.               -Widzę, że przyprowadziłeś gości. Wchodźcie.        - szeroko otworzył drzwi.
-To jest moja żona, Jantar i jej przyjaciółka Miriam- wskazał dłonią na dwie kobiety stające tuż za nim- A to Aurora.
-Zmieniłaś fryzurę, dobrze wyglądasz-Alan wydawał się być zaskoczony. - Nie mówiłeś nigdy nic o żonie?
-To długa historia. Kiedyś ci opowiem, ale teraz potrzebujemy pomocy.  Widziałeś wybuch,           a raczej rozbłysk? To był nasz dom, już go nie ma.
-Widzieliśmy coś, jakby ogromne światło. Co to było?
-Sami nie wiemy, chyba piorun kulisty. - skłamał, bez zastanowienia.
Dopiero wtedy Alan przywitał się z kobietami, przepraszając za brak kultury, składając to na karb zaskoczenia.
-Wejdźcie do środka. – zapraszającym gestem poprosił gości o wejście. –Pewnie jesteście zmęczeni i głodni.
-Tak naprawdę nie mamy chwili do stracenia. -Marcus przejął inicjatywę- Mamy do ciebie prośbę. Pożyczysz mi samochód? Musimy się dostać do mojego biura. Nie mamy nic, tam ma dokumenty i pieniądze.
-Oczywiście, jeśli ci to wystarczy, bież, stoi zaparkowany za domem, rozumiem twoje nieszczęście. Tak nagle stracić wszystko. -zatroskał się Alan. - To straszne. Dobrze, że wam się nic nie stało.
-Byliśmy akurat w lesie na spacerze. Nie mamy tylko żadnych wieści o naszej gosposi Ginie.

Wsiedli do Peugota pożyczonego od Alana i  ruszyli droga w kierunku miasta. Miriam cały czas czujnie rozglądała się wokół.
-Auroro, jak daleko od domu jest twoja szkoła? – zapytała próbując ustalić wielkość tarczy ochronnej, co w tej sytuacji stało się niezbędne.
-Dwie przecznice dalej.
-To znaczy? Jaka to odległość mniej, więcej?
-Jakieś sto metrów.
-A ty Marcus, jak daleko pracujesz od szkoły Aurory i od domu? –Miriam drążyła temat.
-Od szkoły jakiś kilometr, od domu będzie jakieś półtora kilometra. . Może mniej.
-Czyli możemy wstępnie ustalić, że tarcza ma jakiś kilometr. -podsumowała.
-Zastanówcie się dokładnie, jak najdalej byliście od siebie?- zwróciła się do pozostałych pasażerów.
-Właściwie  w ogóle nie rozstawaliśmy się, a w Marsylii Gina wychowywała Aurorę,  a Marcus pracował w domu.

Podjechali na tyły biura.
-Wy tu zostańcie, a ja pójdę do mojego gabinetu
 i zabiorę to, co może nam być potrzebne.
Marcus obszedł budynek i wszedł do środka przez główne wejście. To, co zobaczył zmroziło krew w jego żyłach. Na podłodze leżał martwy strażnik, wszystko było zdemolowane. Postanowił nie korzystać z windy, schodami tuż przy ścianie posuwał się powoli na drugie piętro. Nagle zatrzymał się. Jeśli tam na niego czekają, przecież to on jest głównym celem?  Natychmiast zawrócił.

Jantar wyskoczyła z samochodu.
-Marc, co się stało?
-Strażnik nie żyje, holl zdemolowany, wróciłem, bo jeśli tam nadal są? Widocznie dowiedzieli się od biednej Giny,  gdzie pracuję.
Miriam wysiadła, zabrała dezintegrator.
-Wy tu zostańcie. Ja pójdę, tylko powiedz mi, co mam stamtąd zabrać.
-Na biurku powinien stać laptop, weź go, w szufladzie jest kilka telefonów komórkowych
 i zawartość sejfu. -Napisał pośpiesznie na jakimś rachunku szyfr do sejfu. -Zwróć uwagę na czerwoną płytę CD z napisem „Badania”. Jest bardzo ważna.
Miriam biegła już w kierunku wejścia, minęła martwego strażnika i podobnie jak Marcus poszła, a właściwie skradała się jak kot po schodach na drugie piętro.
Widok biura nie był zachwycający, poprzewracane meble, wytrząśnięta zawartość szuflad i szaf. Uważnie rozejrzała się wokół. Nie była pewna czy jest sama.
Zaczęła szukać w tym bałaganie komputera, telefonów.
Znalazła. Na szczęście nie tego szukali.
Za wskazanym przez właściciela zdjęciem przedstawiający zachód słońca nad morzem, odnalazła sejf. Wstukała zapisany numer szyfru, zgarnęła całą zawartość do leżącego nieopodal pudełka, zwróciła uwagę na czerwone CD, włożyła je na wszelki wypadek do kieszeni. Było tam też całkiem sporo pieniędzy, karty kredytowe, rzeczy te również upchnęła po kieszeniach.


Rodzina Deco z dużym zniecierpliwieniem
i niepokojem oczekiwała jej powrotu. Zaczął padać deszcz. W jego strugach zobaczyli biegnącą Miriam z jakimś pudłem pod pachą. Wrzuciła je na tylne siedzenie i zakomenderowała .
-Jedziemy, byli tam. Szukali prawdopodobnie jakiś wskazówek gdzie cię można znaleźć Marcus. Zatem musimy się gdzieś bezpiecznie ukryć, w takim miejscu,  gdzie się ciebie nikt nie spodziewa. Wszelka rodzina i przyjaciele odpadają.
-Na razie ruszmy na lotnisko. Trzeba wyjechać         z Francji. -Na szczęście nie jest to daleko. -Marcus usiadł za kierownicą pożyczonego od kolegi samochodu.
Miriam z Jantar zastanawiały się czy nie skorzystać z usług innego lotniska, ale zależało im na czasie.

Zaparkowali w podziemnym garażu i weszli do terminalu.
Rozejrzeli się uważnie, spojrzeli na plan lotów, jednocześnie zastanawiając się, dokąd polecieć.
W tym momencie Jantar przyszło coś do głowy. Ich stacja umieszczona jest na tle tarczy słonecznej, a są przecież takie miejsca na Ziemi, gdzie słońca nie wschodzi przez kilka miesięcy, kraje z tak zwaną nocą polarną. Podzieliła się tą informacją z  Miriam.
-Jesteś genialna! -wykrzyknęła- Tylko gdzie lecimy? Szwecja, Norwegia, Finlandia, Alaska?
Aurora z przerażeniem spojrzała na ojca.
- Tam jest zimno. Dlaczego akurat tam?
Wytłumaczyły w pośpiechu rodzinie, dlaczego wybrały taki cel podróży. Wydawało się to być rozsądne rozwiązanie. Jeśli trafią na noc polarną będą stosunkowo bezpieczni przez dłuższy czas.

Spojrzeli na plan lotów, za dwie godziny był lot do Oslo w Norwegii. Więc cel podróży został wybrany.
Marcus zakupił bilety, na szczęście nie było         z tym żadnych problemów. W pobliskim sklepiku nabył również mapę Norwegii, okazało się, że            z Oslo będą mieli spory kawałek drogi do części północnej kraju, gdzie spodziewali się zaznać spokoju.

Dezintegratory w najmniejszym nawet stopniu nie przypominały znanej celnikom broni, więc bez problemu wniosły je na pokład samolotu.

Lot nie trwał długo.

Prześlij komentarz