Jantar z mojej wyobraźni.

Jantar z mojej wyobraźni.

czwartek, 3 października 2013

Jantar i słońce . rozdział 8.


ROZDZIAŁ 8.

 Dni mijały powoli, bez pośpiechu. Marcus wziął sobie dwa tygodnie urlopu. Jantar pokazała mu swoje kromeriańskie sztuczki, które
 w dużym stopniu przekonały go o jej prawdomówności. Tak naprawdę niewiele się różnił od nastolatki. Bawiło go to.
Było jednak coś, co ich niepokoiło –nieobecność Alexa. Od momentu, kiedy wyszedł na przechadzkę, ślad po nim zaginął. Marcus miał swoja teorię na ten temat.
-Pewnie korzysta z uciech ziemskiego życia. -śmiał się często.
Jantar miała jednak pewne obawy. Coś ją trapiło. Nie dało jej żyć spokojnie.
Na stacji mieli doskonały system namierzania swoich ofiar. Dlaczego z niego nie korzystali?
Przez te wszystkie lata, kiedy mieszkali w Marsylii nie pojawił się nikt,  by dokończyć jej dzieła, albo, chociaż sprawdzić, co się dzieje. Dopiero po ich wyprowadzce zjawili się agenci i zdewastowali dom w poszukiwaniu ofiary. Teraz zniknął Alex i nie było go tak długo. Wszystko ją to niepokoiło i to bardzo. Postanowiła odzyskać na wszelki wypadek swoja broń. Powinna dalej być zakopana w ogrodzie za domem w Marsylii.
-Marcus- odezwała się pewnego dnia do męża – nie wybrałbyś się ze mną na małą wycieczkę?
-Oczywiście kochanie. Gdzie chciałabyś pojechać?
-Do Marsylii, do naszego starego domu. -Oświadczyła zdumionemu, Marcusowi, który spodziewałby się wszystkiego, tylko nie podróży do tego miejsca.
-A, po co chcesz tam jechać,  Malutka?- lubiła jak się tak do niej zwracał.
-To tajemnica, kochanie. -ucałowała go w  policzek.
-Dobrze, możemy pojechać choćby jutro.
-Wolałabym zaraz.

Zdziwił się jej pośpiechem.
-A coś się stało? -zaniepokoił się.
-Wytłumaczę ci po drodze. Jedźmy!- wrzuciła do torby parę niezbędnych drobiazgów. -Jedziemy?
Marcus wydał kilka potrzebnych poleceń gosposi i poprosił o opiekę nad Aurorą.
Wsiedli do samochodu i przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Jantar, rozglądała się
z niepokojem wokół siebie. Widziała nieraz jakieś dziwne pojazdy, ale w końcu przez te lata świat się zmienił. Może to normalne.
-Zastanawiam się, co tak nagle skłoniło cię do tej podróży. - próbował coś z niej wyciągnąć, bo póki, co milczała jak grób. -Miałaś mi to wytłumaczyć, a teraz zachujesz się jak spłoszona sarna. –Co się dzieje?
-Marcus, proszę nie teraz. – wydawała się jakaś nieobecna.
Niepokoił go stan żony, wierzył jej, ale jakieś dziwne myśli kołatały mu się po głowie. -Ten Alex, który zniknął w dniu jej powrotu, jej czasem dziwne zachowanie,  jakby się czegoś bała.
Dojechali do Marsylii bez żadnych problemów, nawet nie chciała zatrzymać się na kawę w  przydrożnym barze. I ten pośpiech.
Zaparkowali przed domem, ich starym domem. To, co zobaczył sprawiło, że odechciało mu się zadawać jej kolejnych pytań. Ściany całe podziurawione olbrzymimi kulami, jakby z armaty, wszystko doszczętnie zdemolowane. Czyżby nowi właściciele byli jakimiś bandytami, albo urządzili sobie wystrzałowa imprezę?
-Nie gaś silnika, zaczekaj tutaj! –krzyknęła Jantar i natychmiast wybiegła z samochodu, pędząc co sił w nogach do ogrodu na tyłach domu.

Zostawiła go w samochodzie, mając nadzieję, że nie pobiegnie za nią. Rozejrzała się po zapuszczonym ogrodzie. Wszędzie chaszcze, wszystko zarośnięte. Odnalazła wreszcie kamień gdzie zakopała dezintegrator.
Zaczęła kopać rękami. Wtedy za jej plecami pojawił się Marcus z łopatą w ręku.
-Może ci pomóc? -rzucił od niechcenia, próbując zatuszować zdziwienie zachowaniem żony.
Może ona nie jest całkiem normalna – przemknęło mu przez myśl.
Kopali razem. Wreszcie trafili na cos metalowego.
-Jest!- krzyknęła Jantar.
Rękami wygrzebała leżący tam dezintegrator.
-Co to jest?- zdumiał się.
-To Kromeriańską broń, spójrz, widziałeś kiedyś coś takiego?

W tym momencie zaszeleściły krzaki zza ich plecami. Rozejrzeli się w popłochu.  Jantar natychmiast zwróciła broń w stronę potencjalnego wroga.
-Nie strzelaj! To ja Miriam. Nie mam złych zamiarów. Chcę cię ostrzec przed Alexem. Uciekajmy stąd, nie jesteśmy tu bezpieczni. - wyrzuciła jednym tchem agentka.
-Skąd się tu wzięłaś? – Jantar była zdumiona. -Minęły już trzy miesiące twojej izolacji?
-Zostałam zwolniona wcześniej po apelacji Alexa.
-Alexa? To znaczy, że on jest na stacji? Zniknął w dniu naszego odnalezienia Marcusa i Aurory.
-Daleko się stąd, do Aurory? -Miriam zadała pytanie, którego się nikt nie spodziewał.
-Dlaczego się czepiacie mojego dziecka? Myślałam, że dacie nam spokój. - wściekała się Jantar.
-To właśnie ona jest źródłem spokoju.
-Nic z tego nie rozumiem.
Miriam zarządziła jak najszybsza ewakuację        z tego miejsca. Wsiedli do samochodu i pędzili jak najszybciej się dało do Nicei.
-Nie zdziwiło cię to, że tu w Marsylii przez te wszystkie lata nikt was nie niepokoił, dopiero po twoim zniknięciu i wyprowadzce twojej rodziny pojawili się agenci? -zaczęła rozmowę Miriam.
-Fakt, ale jakoś się nad tym nie zastanawiałam. -odparła trochę zbita z tropu Jantar.
Marcus prowadził samochód szybko i zdecydowanie, instynktownie chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Cały czas przysłuchiwał się wymianie zdań tych dwóch kobiet, z których jedna z nich była jego żoną.
-Czy on wie o wszystkim? –zapytała Miriam, widząc jego ciekawe i niedowierzające spojrzenia.
-Prawie. -powiedziała tak cicho jak tylko mogła, mając nadzieje, że nie usłyszał pytania.
Usłyszał, ale postanowił się z tym nie zdradzać.
-Alex wrócił na stację kilka godzin po twojej ucieczce. Myślałam, że cię złapali.
-Jak to kilka godzin? Szukaliśmy Marcusa kilka dni. -zdumiała się Jantar- Ach ta różnica czasu! Ciągle o tym zapominam.
-Jak wrócił, zwołali zebranie rady i natychmiast mnie zwolnili. Chcieli go wysłać z powrotem, ale coś zakłócało sygnał lokalizacyjny. Wysłali mnie w ostatnie znane im miejsce twojego pobytu. Sądzę, że to pułapka. Pewnie nas teraz śledzą. Nie mogli was znaleźć. Zaprzęgli do pracy największe umysły. Skontaktowali się nawet z Kromerią, czego prawie nigdy nie robią. Doszli do wniosku, że coś tworzy tarczę ochronna wokół was. Przez co staliście się dla nas niewykrywalni. Przeprowadzono setki badań na stacji i na planecie i jedynym rozsądnym wnioskiem okazała się być wasz córka. Ona jest kluczem. Pierwszym mieszańcem; potomkiem Kromerianki i Ziemianina.

Jantar i Marcus słuchali wywodu Miriam
z zapartym tchem. Rozwiane zostały wszelkie jego wątpliwości, co do stanu umysłu jego żony. Ciągle jednak nie mógł wyjść ze zdumienia, że tyle lat żył z kobietą pochodzącą z innej planety
i nie miał o tym zielonego pojęcia.

-Alex wrócił na stację, ale nie był w stanie was odnaleźć ponownie. Pewnie, dlatego zwolnili mnie z izolatki i wysłali na Ziemię. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy miasta, wiesz ta jego ignorancja znajomości geografii. Wreszcie się na coś przydała- roześmiały się jednocześnie. -Już podejrzane było, że  za pomoc w twojej ucieczce nic mu nie zrobili. Wtedy zrozumiałam, że to był podstęp. Oni to ukartowali, żebyś doprowadziła ich do Marcusa. Na początku wiedzieli gdzie jesteście, ale później stracili was z oczu. Dopiero po powrocie Alexa dowiedzieli się o istnieniu waszej córki i zaczęli coś podejrzewać. Wtedy wysłali mnie i na pewno nas śledzili.

Jantar zaczęła powoli rozumieć wszystko, to dla tego nikt nie pojawił się przez te wszystkie lata.

Dojechali do domu w Nicei późnym wieczorem. Wszystko wyglądało spokojnie.
Weszli cichutko nie wiedząc, co i kogo zastaną
w środku,  jednak nic nie wskazywało na to, żeby podczas ich nieobecności coś się wydarzyło. Poszli do pokoju Aurory, spała spokojnie w swoim łóżku, śmiesznie mrucząc przez sen.
Miriam w tym czasie rozgościła się na dobre          w kuchni.
Pod nieobecność Giny zrobiła herbatę i przygotowała szybką kolację.
-Tu jesteśmy bezpieczni – odetchnęła z ulgą. -
Aurora jest?
-Tak, śpi w swoim pokoju. - odparli prawie jednocześnie.
-Póki jesteśmy w tym domu, nic nam nie grozi, no chyba, że nas śledzili. Wtedy odnajdą nas bez pomocy urządzeń nawigacyjnych.
Marcus odruchowo pobiegł do okien, rzucił wprawnym okiem na otoczenie. Nic się nie działo. Odetchnął z ulgą. Może to, co mówi Miriam jest prawdą. Nie zauważył po drodze, żeby ich ktoś śledził, chyba, że mają jakieś swoje nieznane mu sposoby.
-Jantar schowaj dobrze ten dezintegrator. Może ci się jeszcze przydać
-Zaraz, zaraz. . . . Może ja sobie obejrzę to cudo przy pomocy, którego miałaś mnie sprzątnąć, kochanie. -powiedział ze śmiechem Marcus.
Podała mu broń z pewną obawą, był wszak naukowcem, pewnie nigdy na oczy nie widział urządzenia służącego do zabijania,  a co dopiero do likwidacji. Po użyciu tego po człowieku zostaje tylko rozpływająca się mgła.
-Rzeczywiście schowaj to dobrze, bo nie daj boże znaleźliby to koledzy naszej córy. Na pewno zrobiliby z tego nie lada użytek.

Tej nocy Marcus postanowił zrobić swojej żonie święto. Od czasu powrotu Jantar, ich stosunki były, co najmniej dziwne.
Wypadki dnia dzisiejszego uwiarygodniły jej wersję. Tyle czasu nie miał jej w ramionach, nie tulił jej pięknego ciała.
Ona trzymała się na dystans z obawy przed odrzuceniem.
 Jantar jeszcze przez dłuższą chwilę rozmawiała w kuchni z Miriam, planując pewnie dalsze kroki
 i sposoby rozwiązania problemu.
Dziewczyny jednak zabezpieczały dom przed ewentualną inwazją. Miriam postanowiła wziąć pierwszy dyżur i uważnie obserwować okolice domu. Jantar miała pójść do męża. Na pewno był zszokowany wydarzeniami dnia i rewelacjami, jakie usłyszał. Musiał być to dla niego ogromny szok. Dowiedział się, że ma żonę z innej planety, że ich córka jest pół człowiekiem pół Kromerianinem.

Jantar weszła do sypialni. Marcus czekał na nią
w łóżku.
Uśmiechał się do niej nieco lubieżnie. -
-Chodź do mnie kochanie. -zachęcająco rozchylił kołdrę.
Wskoczyła ochoczo w szeroko otwarte ramiona męża. Znowu poczuła się szczęśliwa, jak obcałowywał ją nie omijając żadnego kawałeczka jej ciała. Dreszcz rozkoszy przeszywał jej ciało. Oddała mu się bez opamiętania. Kochali się tak jak by to był ich pierwszy raz.
-Kocham cię!- wyszeptał Marcus.
-Nieprawda. -drażniła się z nim Jantar – To ja cię kocham.
Zaczął ją łaskotać, jej perlisty śmiech słychać było w całym domu. Zasnęli w swoich ramionach spokojni i szczęśliwi.
Rano obudziło ich pukanie do drzwi.
-Wstawajcie, śniadanie gotowe- Miriam wsunęła głowę przez uchylone drzwi. – Jak na razie nic się nie dzieje? -uśmiechnęła się widząc ich         w swoich ramionach.
W tym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi        i kroki Giny zamierzającej je otworzyć.
-Nie otwieraj-! wrzasnęła Miriam, ale było już za późno.
Zanim zbiegła na dół usłyszała rozmowę gosposi z kilkoma osobami. Zaczaiła się za szafka stojącą na półpiętrze.
-Czy tu mieszkają państwo Deco? -zapytał jakiś znajomy jej głos.
Znaleźli ich, tak jak przypuszczała, ale żeby tak sobie bezczelnie tu przyjść. Mniej zdziwiłby ją atak w nocy.
Prześlij komentarz