Jantar z mojej wyobraźni.

Jantar z mojej wyobraźni.

niedziela, 15 września 2013

Jantar i Słońce. Rozdział 5.


 ROZDZIAŁ. 5

 Obudziła się w pędzącym samochodzie. Alex za kierownicą podśpiewywał sobie jakąś pioseneczkę. Zaczynało świtać.
-O wyspałaś się? – zapytał wesoło, nie wyglądał na zmęczonego.
-Nawet nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam. Gdzie jesteśmy?
-Właśnie dojeżdżamy do Sydney. To chyba jakieś duże miasto w tej Australii.
Jego brak znajomości geografii zawsze  ją denerwował . Alex zazwyczaj się tłumaczył, że nie potrafi tego zapamiętać –tyle lat, tyle misji, tyle dziwnych nazw. Ciekawe czy wiedział, że to wyspa? –rozmyślała – Będą musieli się stąd wydostać, żeby jak najskuteczniej zgubić ślad. Tylko skąd wziąć pieniądze na bilety lotnicze? – Jantar dobrze znała realia ziemskiego życia. Nie masz kasy, nie żyjesz.

-Masz jakiś pomysł, co dalej? -miała nadzieję, że coś wymyślił podczas podróży.
-Myślałem o tym, ale nic konstruktywnego nie przychodzi mi do głowy.
Boże, jak on został agentem i jednym z głównych członków rady.
-Zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy na wyspie
i łatwo nas tu zlokalizują. Trzeba się bardziej wmieszać w tłum. Wyjechać stąd. –przekonywała, a po za tym chciała się znaleźć bliżej Marcusa. Z Australii do Europy kawał drogi.
-No to, co za problem?- próbował zignorować temat.
-A masz kasę?- zirytowała się.
-Nie pomyślałem o tym, cholera jasna.
-Na razie znajdźmy jakiś hotelik i odpocznijmy trochę.
-Dobry pomysł. -podchwycił Alex.


Zaparkowali przed niewielkim motelem przy szosie. Słońce już na dobre rozgościło się na niebie. Był przyjemny, ciepły poranek. Wynajęli mały pokoik. Oboje rzucili się na łóżka jakby nie spali tydzień.

Jantar obudziła się pierwsza. Rozejrzała się po obskurnym pokoju hotelowym. Po suficie maszerował karaluch, aż nią wstrząsnęło na ten widok. Alex spał jak zabity. Zeszła do recepcji i porosiła o połączenie z Francją na koszt abonenta. Jedynym wyjściem było zadzwonienie do Marcusa       i  poproszenie go o przesłanie pieniędzy. Nie wiedziała ile dokładnie minęło czasu od jej zniknięcia, ale miała nadzieję, że jej pomoże.
Czekała wieki, aż recepcjonista połączył się
z podanym mu numerem i długo tłumaczył coś komuś po drugiej stronie telefonu. W końcu odłożył słuchawkę.
-Co się stało? –krzyczała w rozpaczy Jantar, była pewna, że Marcus da jej szanse rozmowy.
-Pani, która odebrała telefon, powiedziała, że nie przyjmuje żadnych dziwnych telefonów podczas nieobecności właściciela domu. Jest mi pani winna 20 dolarów. –odparował bezczelnie pan z recepcji.
-Proszę dopisać do rachunku – rzuciła i wybiegła na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
Nie mieściło jej się w głowie, że przez ten czas Marcus znalazł sobie jakąś nową kobietę.
Tylko to w tej chwili przychodziło jej do głowy.
Trudno, tak naprawdę nie wie ile minęło czasu od jej zniknięcia. Zadzwoni jeszcze raz. Nie ma innego wyjścia, musi go przekonać, żeby jej pomógł przynajmniej ten ostatni raz.

Wróciła do pokoju, Alex spał dalej w najlepsze. Położyła się na łóżku i obserwowała karalucha spacerującego w najlepsze po suficie Towarzysz jej niedoli zamruczał przez sen i przewrócił się na drugi bok. Zastanawiała się, co się mogło wydarzyć w jej ziemskim domu na pięknej francuskiej riwierze. Skąd wzięła się tam jakaś kobieta? 
A  tak swoją drogą musi się zorientować ile minęło czasu.
Zeszła ponownie do recepcji i poprosiła recepcjonistę o kalendarz. Ze zdziwieniem spojrzała na wskazany przez niego kalendarz wiszący na ścianie.
24 maja 2006.
To już tyle lat? Niewiarygodne. Minęło siedem lat. Dla niej było to zaledwie kilka dni. Ach ta różnica czasu! Ile lat ma jej córeczka? Jak opuszczała dom miała 5 lat, to teraz musi mieć12. Była w szoku.
Chciała się jeszcze zdrzemnąć, ale sen nie przychodził. W głowie kołatało się miliony myśli.
-O !Już nie śpisz!- odezwał się ziewając Alex. Przeciągnął się na łóżku beztrosko. Jakby obudził się w swojej loży na stacji.
Wstał, podszedł do niej, usiadł obok, objął ją swoim muskularnym ramieniem, przytulił mocno do siebie.
-Nie martw się, wszystko będzie dobrze. - wydyszał jej prosto w ucho. Wiedziała, czego chce. Kromerianie nie bawili się w grę wstępną, od razu przechodzili do rzeczy.
Alex przewrócił ją bezceremonialnie na łóżko
i od razu zaczął rozpinać spodnie. Nawet nie miała ochoty protestować. W końcu sex to najlepszy sposób na odprężenie.
Kochali się długo i namiętnie.
Jantar odczuwała jednak różnicę pomiędzy miłością z Kromerianinem a człowiekiem. Kiedyś jej to wystarczało. Teraz czuła niedosyt. Została zaspokojona seksualnie, ale czegoś jej brakowało.
Alex wstał i ubrał się bardzo szybko.
-Ale jestem głodny – zakomunikował- Może byśmy coś przekąsili?
-A masz pieniądze? Zapomniałeś, że na Ziemi trzeba za wszystko płacić –zazgrzytała ze złością zębami, zła na niego, że nic nie robi w tym kierunku.
-No fakt. -przyznał ze zrezygnowaniem w głosie.
Jantar postanowiła ponowić próbę kontaktu
z Marcusem.
Zeszła ponownie do recepcji, podczas gdy Alex brał prysznic. Za lada stała młoda, miło wyglądająca kobieta. Przynajmniej nie będzie musiała się tłumaczyć z poprzedniej odmowy połączenia.
Poprosiła o połączenie na koszt abonenta              z Francją. Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie             i wykręciła podany numer. Prawie natychmiast podała jej słuchawkę.
-Halo! Kto mówi?- odezwał się w słuchawce ukochany głos Marcusa.
-To  ja, Jantar. -odezwała się cichutko.
-Słabo słyszę, proszę mówić głośniej! -krzyczał do słuchawki Marcus.
-To ja –powtórzyła już głośniej i pewniej –Jantar.
Na chwilę zapanowała cisza.
-Jantar? Moja Jantar?- pytał z niedowierzaniem.
-Marcus, kochanie mam do ciebie ogromną prośbę. Tylko na ciebie mogę liczyć. Pomóż mi. - błagała.
-Dzięki bogu dziewczyno , ty żyjesz. Gdzie ty jesteś? Co się z tobą działo przez te wszystkie lata? Wszędzie cię szukałem. -wyrzucał z siebie jednym tchem.
-Nie mam czasu ci teraz  tego wszystkiego tłumaczyć. Musisz mi pomóc, żebym mogła do was wrócić. Zaufaj mi.
-Co mogę dla ciebie zrobić?
-Potrzebuje pieniędzy na dwa bilety lotnicze            z Sydney do Francji i na rachunek za hotel. Przyślij mi na adres hotelu ‘’Star’’ w Sydney.
-Na dwa bilety?- usłyszała pewien niepokój          w jego głosie.
-Tak, dla mnie i dla Alexa.
-Jakiego Alexa?- zaniepokoił się Marcus.
-Kochanie wszystko ci wytłumaczę jak się zobaczymy. Nie jestem tu bezpieczna!
-Dobrze, podaj mi dokładny adres, najpóźniej jutro rano będziesz miała pieniądze.
Podała mu niezbędne informacje i pożegnała się
z nim czule.
Wróciła do pokoju. Alex właśnie skończył brać prysznic.
-Szkoda, że nie przyszłaś wcześniej. Dołączyłabyś się do mnie.
Jego beztroska doprowadzała ją do szału.
-Jutro rano będą pieniądze- rzuciła od niechcenia, uważnie obserwując jego reakcję.
-No coś ty! Wykopałaś je spod ziemi, czy napadłaś na bank? -roześmiał się.
-Jakbym napadła na bank, kasę miałbyś już, a nie jutro – obruszyła się.
Dziwiła ją trochę jego nonszalancja, ale ostatecznie nigdy dłużej nie przebywał poza stacją.
-No już daj spokój, powiedz skąd wzięłaś kasę? -Alex trochę się naburmuszył.
-Poprosiłam  o nią Marcusa.
-Tego Ziemianina, którego miałaś sprzątnąć?- Wyraz jego twarzy był, co najmniej dziwny- Czyś ty oszalała? Dlaczego miałby ci coś dawać?- Alex nie mógł wyjść ze zdziwienia?- Coś ty nawyrabiała się dziewczyno?!
Dopiero teraz Jantar zorientowała się, że niewiele wiedzieli o przebiegu jej misji na Ziemi. Było to bardzo dziwne, bo zawsze mieli pełny wgląd
w przebieg sytuacji.
Zaczęła się zastanawiać nad tym, postanowiła podpytać Alexa, co o tym wie.
Resztę dnia spędzili na pogawędce właściwie      o niczym, zjedli pierwszy porządny posiłek od wczoraj i odpoczywali. Póki nie dotrą pieniądze nie mieli się po co ruszać z hotelu. Jantar zadzwoniła jeszcze na lotnisko rezerwując bilety na jutro do Francji. Wieczorem położyli się spać, trzeba było dobrze wypocząć przed dalszą podróżą. Na razie się nic nie działo, nikt ich nie szukał, ale nie wiadomo co będzie jutro,  kiedy ruszą na lotnisko w samo południe, bo nocne loty były zajęte.


Rano Jantar bez problemów odebrała pieniądze przysłane przez Marcusa. Zapłaciła rachunek za hotel i jedzenie. Świerzbiło ją by wspomnieć       o karaluchu, ale dała spokój. Nie chciała za bardzo zwracać na siebie uwagi.
Bez najmniejszych przeszkód dotarli na lotnisko, przeszli odprawę celną i zajęli miejsca
w samolocie lecącym do Nicei.
Jantar była trochę zdziwiona brakiem problemów i oznak pościgu. Czyżby ich nikt nie szukał? Przecież się już na pewno zorientowali, że uciekli.
Podróż była długa, więc drzemali.
Jantar śniła o swoim ukochanym. Jak na jawie widziała go,  jak na nią patrzy przy pierwszej wspólnie pitej kawie w jego domu? Trzymał ją za rękę przez cały czas, jakby obawiał się, że mu ucieknie. Wstał, podszedł do niej, przytulił ją mocno i głęboko spojrzał jej w oczy.
-Może ci się wydawać to dziwne, co ci za chwilę powiem- pochylił się nieci do przodu -Kocham cię dziewczyno. Zakochałem się  w tobie w chwili, gdy cię pierwszy raz ujrzałem-wyszeptał nieśmiało.
Ugięły się pod nią nogi. Była to ostatnia rzecz, którą spodziewała się od niego usłyszeć. Za paskiem uciskał ją dezintegrator przypominając      o tym, co powinna teraz zrobić. Sytuacja była idealna, żadnych świadków.
Marcus przycisnął ją do siebie i namiętnie pocałował. Zatopiła się w tym pocałunku bez reszty.
Pociągnął ją na kanapę. Zaczął delikatnie rozpinać jej bluzkę, obsypując pocałunkami najpierw jej twarz, potem szyję. W tym momencie eletryzująca myśl przeleciała jak błyskawica przez jej mózg- Dezintegrator! Znajdzie go!
Wyrwała się z jego objęć gwałtownie, jednocześnie całą sobą pragnąc tego, co miało się za chwilę wydarzyć.
-Poczekaj, zaraz wrócę!- prawie krzyczała – Nie ucieknę, tylko mi powiedz gdzie jest łazienka.
Marcus uśmiechnął się i wskazał drzwi tuż obok kuchni.
Jantar pobiegła szybko we wskazanym kierunku zastanawiając się, co zrobić z bronią. Weszła do pomieszczenia, które lśniło czystością, jakby nigdy nikt z niego nie korzystał, rozejrzała się wokół. Zdjęła sweter, owinęła nim broń i wcisnęła jak najdalej mogła pod wannę.
Wróciła do salonu. Marcus w tym czasie zapalił kilka świeczek, nalał do kieliszków czerwone wino, zgasił światło, włączył cichutko jakąś nastrojową muzykę i uśmiechał się do niej zachęcająco.
-Chodź tu kochanie. Wina?- zapytał.
Skinęła głową i wzięła od niego kielich pełen jakiegoś purpurowego płynu, którego nigdy wcześniej nie piła.
Przytulił ją mocno do siebie. Było tak pięknie       i cudownie.
Nigdy jeszcze się tak nie czuła.
Marcus powoli i delikatnie ściągał z niej wszystkie części ubrania. Całował ją czule przy tym, był delikatny.
Jantar poddała się bezwolnie jego pieszczotom. Była w siódmym niebie.

Ze snu wyrwał ją wstrząs samolotu. Otworzyła gwałtownie oczy i z przykrością stwierdziła gdzie jest.
-Co się dzieje? – przeraziła się, przypomniała sobie wszystkie tragiczne wypadki samolotów,    w  wyniku, których ginęli ludzie, a jednocześnie taka sama liczba Kromerian.
- Nic, kochanie. To tylko turbulencje. - uspakajał ją Alex.
Poczuła silny wewnętrzny ból, że znajduje się tu w samolocie,  a nie w objęciach Marcusa.
-Wiesz zastanawiam się, dlaczego akurat lecimy do Nicei ?- powiedział fałszywie Alex- To tam mieszka ten twój?
-Po co pytasz? –Przecież dobrze wiesz, że            w Marsylii. - wzruszyła ramionami Jantar. -Ktoś nam musi pomóc, a on jest jedynym człowiekiem godnym zaufania, którego tutaj znam. –Wiedziała, że Alex orientuje się doskonale
w sytuacji, przecież był jednym z ważnych członków rady i sam ją tam wysłał. Powoli przestawała mu ufać, coś niepokoiło ją w jego zachowaniu.
-Dlaczego ty mi właściwie pomagasz? –zapytała od niechcenia, ciekawa, co jej odpowie.
-Przecież cię kocham, zapomniałaś? Mam zamiar walczyć o ciebie z tym cholernym Ziemianinem.
Alex nie zdawał sobie sprawy, że nie ma szans. Czyżby nie wiedział o istnieniu, Aurory?
Coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Postanowiła dalej nie drążyć tematu. Tylko bardzo uważnie go obserwować.

Wylądowali w Nicei zgodnie z planem lotu.  Postanowili natychmiast udać się do domu Marcusa na plaży w Marsylii. Wynajęli samochód i po kilkugodzinnej jeździe podjechali pod sam dom na plaży. W środku było ciemno, pootwierane okiennice swobodnie stukały w rytm wiatru.
Coś było nie tak. Marcus był pedantem, nie mógł zostawić tak beztrosko domu. Na tarasie walały się poprzewracane krzesełka. Podeszli cicho pod tylne drzwi domu. Okazało się, że są otwarte. Weszli do środka. Ich oczom ukazał się niewiarygodny widok. Cały dom był zdemolowany. Wszystkie meble poprzewracane, dziury         w ścianach niewyobrażalnych rozmiarów. Jantar wiedziała, że takie ślady zostawia Kromeriańską broń. Była przerażona. Gdyby wczoraj nie rozmawiała z Marcusem, myślałaby o najgorszym. Jednak tragedia mogła się wydarzyć podczas ich wielogodzinnego lotu. Spojrzała nieufnie na Alexa . Widok domu nie sprawił na nim większego wrażenia.
-Boże, co tu się stało? – załkała Jantar.
-Nie ma śladów walki, szukali kogoś, ale chyba nie znaleźli-oświadczył beztrosko. Rozglądał się po domu z dużym znawstwem wytrawnego agenta.
-No ekstra urządziliście sobie gniazdko. - zadrwił nieuprzejmie.
- Nie bądź bezczelny!
-Żartowałem. - próbował załagodzić sprawę Alex. - Nie gniewaj się.
Podniosła z podłogi roztrzaskane zdjęcia, na których była ona, Marcus i mała dziewczynka.
-A to, kto?- zdziwił się, Alex, wskazując palcem na dziecko.
To pytanie utwierdziło Jantar o lukach w wiedzy rady na temat jej życia na Ziemi. Nie wiedzieli           o istnieniu Aurory, chyba, że tak dobrze grał, żeby wprowadzić ją w błąd.
-To nasza córka. Moja i Marcusa -odrzekła uważnie obserwując jak zareaguje.
-Jak to? To niemożliwe! -szczerze się zdziwił. Kromerianie nie mogą mieć dzieci z Ziemianami.
-A jednak mogą, jak widać- tym razem ona drwiącym głosem zakomunikowała mu coś,         o czym nie wiedział.
-Umieram z głodu.  Może znajdziemy coś do jedzenia na tym pobojowisku. - ruszył w głąb domu w poszukiwaniu kuchni.
Znaleźli jajka i usmażyli jajecznicę. Alex zachwycał się jej smakiem.
-Pycha, nigdy niczego podobnego nie jadłem?- Rozpływał się w pochwałach pochłaniając ogromne ilości jedzenia.
-To bardzo zwyczajne, ludzkie jedzenie –poinformowała go Jantar, żałując, że nie ma,          z czego zrobić jakiegoś wykwintniejszego dania. To, co jedli w hotelu nie wzbudziło zachwytu Alexa, zresztą nic dziwnego –zjedli zwykły chleb z dżemem.
-No to najwyższy czas się porządnie się tu rozejrzeć-- zawyrokował Alex po zjedzeniu jajecznicy, z co najmniej 6 jajek.
Przyznała mu rację, choć najlepiej padłaby na łóżko i zasnęła na wieki.
Obeszli cały dom w poszukiwaniu czegoś, co pozwoliłoby im ustalić, co się wydarzyło, ale nic im nie przychodziło do głowy.
Wtedy Jantar przypomniała sobie o sąsiadach,          z którymi często jadali kolacje na tarasie oglądając bajeczne zachody słońca.
-Chodź ! –pociągnęła Alexa w stronę drzwi.
Pobiegli plażą w stronę najbliższego domu. Zapukali do drzwi. Otworzyła im młoda, atrakcyjna brunetka.
Szeroko otworzyła usta ze zdziwienia na widok Jantar.
-Dziecko, to ty? Myśmy cię już pochowali. Co się z tobą działo? Marcus szalał z rozpaczy, a Aurora do dziś nie może się pozbierać? -wyrzuciła jednym tchem młoda kobieta.
-Megi nie mam teraz czasu tłumaczyć. Gdzie jest Marcus i Aurora? Co się stało w naszym domu?- niecierpliwiła się Jantar.
-Wejdźcie do środka – zaprosiła ich szeroko otwierając drzwi, jednocześnie bacznym wzrokiem obrzucając Alexa.
Weszli do przytulnego wnętrza, usiedli na kanapie.
-Może herbatki? -zapytała Megi zachęcająco. Oboje przecząco pokręcili głowami.
-Muszę wiedzieć, co się stało! Gdzie jest, Marcus i Aurora?- gorączkowała się Jantar. -Proszę cię, jeśli coś wiesz.....
-Spokojnie kochanie nic im nie jest. Sprzedali ten dom dawno temu i przeprowadzili się do Nicei.
-A ten bałagan? Te dziury w ścianach? – dopytywała się  z rosnącym niepokojem.
-To dziwna historia. Marcus sprzedał dom kilka miesięcy po twoim zniknięciu. Nie mógł tu żyć. Wszystko przypominało mu ciebie. Kupił podobny dom na plaży w Nicei. Kilka tygodni później, tuż przed przeprowadzką nowych właścicieli        w nocy ktoś zaatakował dom i tak go urządził. Od tej pory stoi pusty.
Jantar odetchnęła z ulgą. Żyją. Nic im nie jest.
-Dziękuję ci Megi, nigdy ci tego nie zapomnę. Kiedyś opowiem ci wszystko szczegółowo. Teraz nie mam czasu. Grozi nam wszystkim niebezpieczeństwo. Musze ich ratować.
Wybiegli z domu zadziwionej Megi tak szybko jak do niego wpadli zostawiając właścicielkę zaszokowaną.
A wiec są w Nicei. Zostało im jeszcze trochę pieniędzy. Postanowili pojechać autobusem. Pobiegli prosto na dworzec i złapali pierwszy autobus jadący do Nicei.
Rano byli na miejscu.








Prześlij komentarz